K.C. Hiddenstorm

Trzydziesty dzień

Władczyni mroku

Zmień font
Zmień margines

19.

Lucyfer wyrósł pośród piasków zapomnianej przez Boga i ludzi pustyni. Jego sylwetka odcinała się ostro na tle horyzontu, jak wycięta z kartonu ozdoba. Zdawało się, jakoby w miejscu, w którym stał, blask dnia załamywał się, poddając się emanującej z niego czerni. Wszelkie stworzenie, jakie tu żyło, zamarło. Nawet słońce w pewnym momencie skryło się za chmurą, jak gdyby nie chciało mu się narażać.

Lucyfer przyklęknął na kolano, zanurzając dłoń w piasku. Przesypał go między palcami raz i drugi, zafascynowany tym widokiem. Był złoty… tak jak jej włosy. Przez jego twarz przemknął bolesny skurcz, dłoń się rozwarła, zastygając nieruchomo.

Wyprostował się, przymknął powieki i wciągnął w nozdrza duszny zapach powietrza i palonej słońcem pustynnej ziemi. Oddychał miarowo, wsłuchując się w głosy śmiertelników; docierały do jego uszu zewsząd, z każdego odległego zakątka Ziemi. Poruszył głową, przetaczając ją z lewego ramienia na prawe i raptownie otworzył oczy.

- Lilith – szepnął, a od tego szeptu zadrżała ziemia. – Gdzie jesteś?

Odpowiedziało mu milczenie.

Pomyślał o dniu, w którym pierwszy raz ją zobaczył. Pamiętał go doskonale, był to dzień hołdu. Lucyfer nie miał najmniejszej ochoty klękać przed jakimiś /1, to się nie godziło. Adam to był zwykły błazen, którego z chęcią skróciłby o głowę. Jednak Lilith… Gdy ją ujrzał, wszystko się zmieniło. Dla niej mógłby nie tylko uklęknąć, ale i przejść na kolanach całą wieczność. Była olśniewająca, błyskotliwa, piękna, zadziorna, inteligentna, dumna. Idealna. Doskonała. Rozumiała go, podzielała jego pragnienia.

- Nie jesteś jak oni. – Lilith gestem wskazała Michała i Amitiela. – Nie pasujesz tu.

Lucyfer popatrzył na nią przenikliwie. Kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu.

- Ty również tu nie pasujesz, piękna Lilith – rzekł.

Lilith spojrzała na niego w bardzo szczególny sposób. To był taki rodzaj spojrzenia, od którego Lucyfera przeszył przyjemny dreszcz. Ujęła go za rękę i bez słowa poprowadziła między drzewa wiśni. Trawa była tu wysoka, szorowała mu o buty z cichym szelestem. Ten szelest brzmiał jak westchnienie. Oczekiwanie.

- To nie całkiem w porządku – powiedziała. Konar drzewa kładł się na jej twarzy cieniem, lecz mimo to widział, jak błyszczą jej szafirowe oczy. – Ja chodzę tu naga, podczas gdy ty masz na sobie tę… – Wymierzyła palcem w podobiznę pantery na jego piersi.

- Zbrojną szatę – wyjaśnił Lucyfer.

- Zbrojną szatę – zgodziła się. – Myślę, że powinieneś się jej pozbyć.

Nie żartowała, rozumiał to. Tak samo jak rozumiał, że jeśli to zrobi, nie będzie odwrotu. Dla żadnego z nich.

- Chcesz ograbić wojownika z odzienia i miecza? – spytał, unosząc brwi.

- Chcę skraść mu serce – wyjaśniła Lilith ze wstrząsającą szczerością i zamknęła usta Lucyfera pocałunkiem.

Lucyfer oddał go z ochotą. Całowali się namiętnie, mocno. Była w tym tęsknota, bolesne pożądanie. Kochał ją. Już wtedy wiedział, że ją kocha. Pokochał ją, gdy tylko ją ujrzał. A ona kochała jego. To właśnie była miłość od pierwszego wejrzenia, o której śnili /1. To było uczucie warte każdej ceny.

Lucyfer z trudem oderwał się od jej ust i odsunął ją na odległość ramienia. Przejechał palcami po jej twarzy, zjechał po szyi, dotknął piersi. Czuł, jak bije jej serce, czuł jej aksamitną skórę. Lilith przyglądała mu się z zaciekawieniem, okręcając w palcach kosmyk włosów.

- Wiem, że chcesz to zrobić, ale wiem też, że jeśli to zrobisz, oboje upadniemy – powiedziała.

Lucyfer milczał dłuższą chwilę, spoglądając na nią poważnymi oczyma.

- Aniołowie upadają właśnie dla ciebie – rzekł wreszcie. Złapał ją za nadgarstek i poprowadził jeszcze głębiej miedzy drzewa. Tu byli niewidoczni, skryci przed całym światem. To był ich własny skrawek Raju.

- Co teraz? – spytała. Na jej wargach igrał uśmiech.

Lucyfer pstryknął palcami, spomiędzy których uniosła się smużka błękitnego dymu, i jego zbrojna szata zniknęła. Stał przed Lilith nagi, bezbronny, równy jej i podległy zarazem.

- Będziesz moja – odparł, kładąc ją na miękką trawę. – Od teraz aż po wieczność.

- Zawsze byłam – szepnęła zaplatając mu ręce na karku.

Teraz to Lucyfer zamknął jej usta pocałunkiem.

Całował jej usta, szyję, piersi. Całował jej brzuch, zjechał po nim, by pocałować uda i to, co było pomiędzy nimi. Wdychał jej zapach, sycił się jej smakiem, jej coraz głośniejszymi jękami. Kiedy spazm upojenia wstrząsnął jej ciałem, wspiął się z powrotem do góry i Lilith oplotła go nogami. Zawiesił twarz tuż nad jej twarzą i przez chwilę tylko patrzył w te roziskrzone oczy, gubiąc się w nich.

Lilith piętami trąciła go w pośladki i zrozumiał, o co chodzi. Całując ją wszedł w nią, tak jak sobie tego życzyła. Tak jak oboje sobie tego życzyli. Zalała go fala przyjemności, niemal ekstazy, promieniowała ciepłem, rozchodziła się po całym ciele. Lilith jęczała pod nim, szorując mu paznokciami po plecach. W odpowiedzi na szybsze ruchy jego bioder, ona zrobiła to samo. Dyszała mu w ucho, że go kocha, a potem krzyczała z rozkoszy.

Spełniony, opadł na nią. Oddech miał szybki, ciało mokre od potu. W głowie kręciło mu się od doznań, o których jeszcze chwilę temu nie miał pojęcia. Należał do niej tak jak ona do niego. Byli jednością w dwóch ciałach, byli potęgą. Lilith przygryzła mu płatek ucha i przekręciła go na plecy, siadając na nim okrakiem. Uśmiechając się szelmowsko, powiedziała, że pokaże mu…

Lucyfer wyczuł czyjąś obecność. Zacisnął palce na rękojeści Krwawego Miecza, skrzydła zmaterializowały się, jakby spodziewał się walki w powietrzu. Obrócił się, uważnie lustrując okolicę. Nie, nikogo tu nie było. Musiało mu się wydawać.

- Do mnie, synowie Arakiela! Znajdźcie ją! – wykrzyknął.

Na ten rozkaz cień Lucyfera zaczął się poruszać, zaczął wynurzać się z ziemi, by po chwili zmienić się w stado kruków. Ptaki z głośnym krakaniem poderwały się do lotu, rozpierzchując się na wszystkie strony.

- Znajdźcie ją, albowiem bez niej wszystko jest śmiercią – rzekł za nimi.

Jakiś czas wpatrywał się w stalowe niebo, przybierający na sile wiatr bawił się jego włosami. Lucyfer sennym ruchem odgarnął je do tyłu, przypominając sobie, jak czasem robiła to Lilith, powtarzając, że tak uczesany podoba się jej najbardziej.

W tym momencie miał bardzo smutne oczy.

Otrząsnął się z zamyślenia powoli jak nurek wynurzający się z oceanu. Raz i drugi uderzył skrzydłami, wzbił się w powietrze i zniknął.

20.

Michał opierał się o Ognisty Miecz, w milczeniu obserwując Lucyfera. Promienie słońca pysznie odbijały się w jego jasnych włosach, tworząc wokół nich niewielką aureolę. Skrzydła miał rozpięte szeroko, gotowe w każdej chwili go unieść, jednak na razie nie było takiej potrzeby. Wiedział, jak ukryć swą obecność, ot, sztuczka, której Lucyfer nigdy nie mógł rozgryźć.

Mimo odległości, jaka ich dzieliła, słyszał każde wypowiadane przez Lucyfera słowo, albowiem nie słuchał uszami, lecz sercem.

- Znajdziesz Lilith szybciej, niż myślisz, powiadam ci – rzekł, wiedząc, iż tamten go nie usłyszy. – Znajdziesz, gdyż w przeciwnym razie to ty uczyniłbyś wszystko śmiercią. A na to nie mogę pozwolić.

W oddali lis pustynny zawył przeciągle, jakby na potwierdzenie.

Michał wyciągnął miecz z ziemi i zatknął sobie za pas. Wyczuwał od Lucyfera niezwykłą potęgę, może nawet większą niż kiedykolwiek wcześniej. Zastanowił się nad tym i doszedł do przekonania, iż w obliczu tragedii, jaka go spotkała, wykrzesał on z siebie niewyobrażalne pokłady mocy. Zrobił to dla niej, dla swojej ukochanej. Będzie o nią walczył, nie bacząc na koszta, kpiąc z konsekwencji. Nie ugnie się, nic go nie zatrzyma.

- Nie zna ni Bóg, ni człowiek większej siły niż miłość i biada temu, kto stanie jej na drodze – powiedział Michał, wznosząc oczy ku niebu.

Stał tak jeszcze czas jakiś. Wreszcie zatrzepotał skrzydłami i wzbił się do lotu, ginąc na tle horyzontu.

Informacja o ciasteczkach

W celu optymalizacji treści oraz zapewnienia bezpieczeństwa, strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia.