K.C. Hiddenstorm

Trzydziesty dzień

Łabędzi śpiew

Zmień font
Zmień margines

17.

Phoenix zajechał na parking stacji benzynowej, jednej z tych nowszych, z doklejoną do niej hybrydą supermarketu i restauracji. Była przesadnie krzykliwa, rozświetlona jak neon w Vegas i zwyczajnie szpetna. Lecz czy nie o to chodziło w popadającym w szaleństwo świecie? Żeby było coraz krzykliwiej, gwarniej, szybciej, więcej? Jeszcze trochę i stacje benzynowe będą orbitować wokół dystrybutorów z paliwem, zmienione w wysysające z ludzi krew i dolary w pełni zautomatyzowane centra rozrywki, przeleciało mu przez myśl. Phoenix się skrzywił. Była to raczej niepokojąca wizja.

Szerokim łukiem minął dystrybutory z paliwem i pojechał na koniec placu. Ciemnofioletowy chevrolet corvette c5 przesunął się obok ciężarówki z niebieskobiałą naczepą i ustawił się w jej cieniu. Na sąsiednim miejscu stała stara mazda 323 i Phoenixowi przemknęło przez myśl, że jej kierowca pragnie pozostać niezauważony, podobnie zresztą jak sam Phoenix. Ciężarówka odgradzała oba wozy od kamery monitoringu znajdującej się na budynku stacji. Taktycznie. Prócz niej i mazdy była tu jeszcze tylko stojąca obok jednego z dystrybutorów honda. Z jakichś niejasnych względów Phoenixa ucieszył ten fakt.

Wysiadł z wozu, zamknął go i zerknął na mazdę. Miała ubrudzoną czymś maskę i uchylone tylne szyby. W środku, czarny jak noc w piekle, warował wielki pies. Spojrzał na Phoenixa i podniósł się do siadu. Nie szczekał, po prostu mu się przyglądał. Phoenix cofnął się i opuścił wzrok. Na ziemi leżał strzaskany telefon komórkowy. Wyglądało to tak, jakby ktoś – zapewne kierowca mazdy – zawzięcie tłukł nim o asfalt, aż zostały same okruchy.

Nieprzyjemna rozmowa telefoniczna?, pomyślał Phoenix, po czym ruszył w kierunku budynku stacji. Po drodze obciągnął rękawy, przykrywając tatuaże, następnie poprawił koszulkę tak, żeby zasłaniała rękojeść przypiętego do paska smith&wessona. Ale równie dobrze mógł tego nie robić. Ludzie, nawet jeżeli widzieli broń, myśleli najczęściej, że mają do czynienia z policjantem bądź ochroniarzem; opcjonalnie członkiem gangu, jeżeli akurat patrzyli na tatuaże. Nie mieściło im się w głowie, że człowiek parający się profesją Phoenixa może ot tak, w biały dzień chodzić pośród nich.

To by się dopiero zdziwili.

Fotokomórka nad drzwiami nie działała. Phoenix pchnął jedno szklane skrzydło i wszedł do środka. Głowę trzymał nieco pochyloną, jak gdyby ogromnie interesowały go kafelki podłogowe, mimo to bez trudu rejestrował więcej szczegółów niż przeciętna osoba. Całe ciało miał napięte, gotowe do działania. Zupełnie jak dzikie zwierzę.

Przy kasie siedział młody chłopak o usianej pryszczami twarzy i oczach monstrualnie powiększonych grubymi szkłami okularów. Swój wygląd próbował ratować wymyślną fryzurą z misternie wygolonych po bokach i dłuższych rozjaśnionych włosach na czubku głowy. Efekt był raczej odwrotny do zamierzonego. Można by mu nawet współczuć, gdyby nie to, że miał w sobie coś odpychającego. Nie, nie chodziło o wygląd, raczej o jego… energię. O to, co z niego emanowało. Nie żeby Phoenix w takie rzeczy wierzył. Co nie znaczy, że nie istniały.

Minął kontemplującego półkę z przekąskami otyłego mężczyznę i podszedł do chłodziarki z napojami. Do jego uszu dolatywał przyciszony głos prezentera popołudniowych wiadomości; sprzedawca umilał sobie czas oglądaniem telewizji. Niekwestionowanym numerem jeden był znerwicowany facet, który otworzył ogień w centrum handlowym – skosił osiem osób, zanim go zastrzelili. Na drugiej pozycji plasowała się kobieta, która zamordowała swojego męża policjanta. Paskudna sprawa, jeżeli wierzyć dziennikarzom, a Phoenix nie wierzył. Jeszcze w aucie słyszał jakieś strzępy, między innymi, że wyznaczono nagrodę za wskazanie miejsca jej pobytu, zanim zrezygnował z radia na rzecz muzyki z kompaktu. Rammstein byli lepszymi kompanami niż pozbawione twarzy głosy mówiące o morderstwach, wypadkach i korupcji. To miał na co dzień. Poza tym – i na to był gotów postawić wszystkie pieniądze – zamordowany mąż tej kobiety z pewnością sam sobie zasłużył. Nie żeby Phoenix był uprzedzony, ale poznał w życiu kilku gliniarzy i żaden nie był kryształowym bohaterem. Właściwie, stwierdził po namyśle, laska musiała mieć jaja albo być zdrowo szurnięta, żeby się na coś takiego odważyć. Wiedziała, że napyta sobie poważnych kłopotów. I napytała. Była poszukiwana jak zakapior z Dzikiego Zachodu. Ciekawe, czy policja ją złapie? Phoenix miał cichą nadzieję, że jednak nie.

Wziął butelkę pepsi, wodę mineralną i skierował się w stronę kasy. Głowę cały czas trzymał lekko pochyloną. Za jego plecami, cicho jak duch, przemknęła kobieta w odwróconej tyłem czapce baseballowej. Phoenix zerknął na nią z ukosa. Miała na sobie wiatrówkę, mimo dość ciepłego dnia, i jeżeli nie miała pod tą wiatrówką broni, to on był gotów zjeść własne buty. Spróbuje obrabować stację?, zastanowił się i zaraz doszedł do wniosku, że raczej nie. Nie wyglądała na ćpunkę, a przeważnie tacy porywają się na tego typu numery. Może po prostu miała powody, żeby nosić ze sobą broń.

Kobieta podeszła do kasy, Phoenix, ściskając swoje napoje, ustawił się zaraz za nią. Rozmyślnie nadepnął jej na but, po czym cofnął stopę, mrucząc „oj, przepraszam”. Kobieta obróciła się przez ramię, posyłając mu baczne spojrzenie. Phoenixa uderzyła zieleń jej oczu, intensywna, jak u Sadie. Przelotny żal ścisnął go za gardło i zaraz odpuścił. Duchy. Wszędzie, gdziekolwiek by się nie udał, otaczały go duchy. Egzystowały w innym wymiarze, wyczuwalne, lecz niedostrzegalne. Kryły się w miejscach, które istniały w jego przeszłości, a których teraz nie było. Odeszły, zatarły się, zniknęły, pokonane przez ludzi bądź czas. Zapomniane. Zniszczone. Usta Phoenixa wykrzywił gorzki uśmiech. Szkoda, że tak samo nie dało się zniszczyć smutku.

Sprzedawca oderwał wzrok od telewizora i zaczął podliczać zakupy kobiety, wrzucając je do papierowej torby. Woda, mrożona kawa, red bull i hot dogi. Dużo hot dogów.

Nagle elementy układanki ułożyły się w głowie Phoenixa. Stara mazda 323 należała do tej kobiety. A ta absurdalna ilość hot dogów miała nakarmić nie tylko ją, lecz również wielkiego czarnego psa. Tylko ten strzaskany telefon…

- Było tankowane? – zapytał sprzedawca cienkim głosem.

Kobieta pokręciła głową.

- Tylko to.

Sprzedawca przyjrzał się jej… o wiele wnikliwiej niż powinien. Jego spojrzenie uciekło w stronę ukrytego za kontuarem telewizora, by za chwilę znowu powrócić do kobiety. Wyglądał, jak gdyby bardzo intensywnie nad czymś myślał. Wreszcie jego usta otworzyły się w zdumionym zrozumieniu, oczy rozszerzyły; dodatkowo powiększone przez okulary wyglądały jak sadzone jajka. Właśnie odkrył, kim była stojąca przed nim kobieta. Zresztą nie on jeden. Nerwowo oblizał wargi i wyciągnął rękę w stronę ukrytego pod ladą alarmu.

- Nie rób tego, facet. – Phoenix uśmiechnął się, od niechcenia muskając rękojeść pistoletu.

Sprzedawca zamarł z wyciągniętą przed siebie ręką. Podkreślone śmiertelną bladością twarzy, pryszcze nabrały przeraźliwie czerwonej barwy.

- Ja… – Przełknął ślinę. – Ja nie…

Phoenix dał krok w jego kierunku.

- Nie myśl o naciskaniu czegokolwiek, dzwonieniu. – Płynnie wyciągnął pistolet z kabury i uniósł go, jakby chciał, żeby chłopak bardzo uważnie mu się przyjrzał. – Głupio byś zrobił.

- Ale ona jest poszukiwana! – zawołał sprzedawca jękliwie.

Uśmiech Phoenixa stał się szerszy. I zimny. Jak stal jego broni.

- Nagroda? To czyni z ciebie dobrego obywatela?

- Gościu, mylisz mnie z kimś – wtrąciła kobieta. Phoenix zauważył, że jej ręka sunie w stronę ukrytej pod kurtką broni. No, pięknie.

- Jesteś Alice Newman! – Sprzedawca poprawił zsuwające się z nosa okulary, po czym wymierzył w nią palcem. – Właśnie pokazywali cię w wiadomościach, tylko z innymi włosami. – Na jego twarzy odmalowała się jakaś błyskotliwa myśl. – Szukają cię. To logiczne, że postanowiłaś coś zmienić. Zupełnie jak na filmie – dodał, wyraźnie zafascynowany tą wizją.

- To. Nie. Ja. – powtórzyła kobieta z uporem.

Oczywiście, że to była ona.

- Do tyłu – polecił Phoenix, patrząc na sprzedawcę lodowatymi oczami snajpera. – Strasznie się wiercisz.

Sprzedawca niechętnie się cofnął.

- Bardziej – zachęcił go Phoenix.

Sprzedawca posłusznie cofnął się jeszcze odrobinę. Zaczepił stopą o obrotowe krzesło i pisnął jak panienka.

- Zadowolony?!

- Jezu, jaki burdel! – usłyszeli za sobą.

Phoenix zerknął w tamtą stronę. To był grubas od przekąsek.

- Więc wyjdź – powiedziała kobieta, wyzywająco patrząc na grubasa.

Nie trzeba mu było tego dwa razy powtarzać.

Phoenix odprowadził go dyskretnym spojrzeniem. Facet poruszał się z prędkością, o jaką ciężko było go posądzić. Wyszedł, waląc drzwiami i jakieś pięć sekund później dało się słyszeć pisk opon. Honda wystartowała jak pocisk, znikając w kłębach sinego dymu.

Phoenix przeniósł wzrok na sprzedawcę.

- Oddaj tej pani swój telefon – rozkazał. – Zdaje się, poprzedni jej się pobił.

Kobieta – Alice – spojrzała na niego ze wstrząsem na twarzy. Zbladła, podobnie jak sprzedawca. Ona również się bała. Bała się Phoenixa, jego ukrytych zamiarów. Bo mimo że jej pomagał, mogły to być tylko pozory. Co w tym dziwnego? Kiedy jesteś poszukiwany, dostajesz potężnej paranoi i jesteś przekonany, że każdy chce cię dopaść. Phoenix coś o tym wiedział.

- Telefon – przypomniał Phoenix, widząc, że sprzedawca stoi bez ruchu, jak posąg. – Twój i służbowy. Wiem, że masz.

Sprzedawca trzęsącą się ręką sięgnął do kieszeni spodni. Wyciągnął stamtąd telefon, położył go na blacie i przesunął w stronę Alice.

- A służbowy? – Phoenix nie trzymał już broni, jakby ją prezentował. Teraz celował z niej w głowę sprzedawcy.

- Proszę bardzo. – Sprzedawca z trzaskiem położył na blat kolejną komórkę. – Coś jeszcze? Obrabujecie mnie? Wydymacie? Pieprzeni Bonnie i Clyde.

Alice wzięła kolejny telefon i wcisnęła do tylnej kieszeni dżinsów.

- Zapłacę za to. – Brodą wskazała zakupy.

- Ja zapłacę – powiedział Phoenix, nie przestając mierzyć sprzedawcy między oczy. – Ty możesz już iść. – Puścił oko do pocącego się chłopaka. – I tak mam z kolegą kilka rzeczy do obgadania.

Alice przez chwilę mierzyła go świdrującym spojrzeniem zielonych oczu. Przechyliła głowę, jakby słuchała głosu przeznaczonego jedynie dla jej uszu, po czym skinęła potakująco; ledwie zauważalnie, ale jednak. Zgarnęła swoje zakupy i ruszyła w stronę wyjścia.

Phoenix wyszedł ze stacji mniej więcej dziesięć minut później, zostawiając za sobą związanego sprzedawcę. Kierowcą hondy się nie przejmował. Monitoringiem zresztą też nie. Oczywiście, mógł skasować zapis w komputerze, tak jak mógł zniszczyć sam komputer, ale sens tego był żaden. Zapis był przesyłany bezpośrednio na chmurę. Kosztowałoby zbyt wiele zachodu, żeby go usunąć. I czasu. Poza tym – do czego Phoenix nie od razu przyznał się sam przed sobą – ten nieoczekiwany obrót spraw był obietnicą niezłej zabawy.

A czy nie tego oczekuje człowiek, który nauczył się niczego nie oczekiwać?

Odrobiny zabawy?

Myślał, że mazda odjechała, ale nie. Alice siedziała zgarbiona nad kierownicą, zawzięcie piłując rozrusznik. Phoenix słyszał astmatyczne rzężenie już z daleka. Wiedział, co zwiastuje taki dźwięk – samochód nieodwołalnie odmówił współpracy.

Kiedy był jakieś dziesięć metrów od swojego wozu, Alice wyskoczyła z samochodu i zaczęła kopać przednie koło, krzycząc coś, co brzmiało jak „ty pieprzony gracie”. Na widok Phoenixa umilkła, przyglądając mu się czujnie.

- Dzięki – powiedziała, gdy otwierał drzwi corvette. – Jakkolwiek się nazywasz.

- Max – odparł Phoenix bez zastanowienia.

Alice zmrużyła oczy.

- To nie jest twoje prawdziwe imię.

Phoenix obdarzył ją przelotnym uśmiechem.

- A to robi jakąś różnicę?

Alice zamyśliła się na moment.

- Dla ciebie tak.

Nawet jeżeli Phoenix chciał coś jeszcze powiedzieć, ona i tak nie chciała tego słuchać. Otworzyła drzwi mazdy, wypuszczając psa na zewnątrz, wzięła plecak z tylnego siedzenia i odeszła w stronę autostrady. Pies maszerował przy jej nodze jak wierny kompan, radośnie merdając ogonem.

Phoenix odprowadził ich spojrzeniem, myśląc o oczach tej kobiety. O oczach Sadie. Zamknął drzwi corvette i siedział tak przez chwilę. Zdecydowanie zbyt długą.

A to robi jakąś różnicę?

Dla ciebie tak.

Wzdrygnął się, jak człowiek, któremu przejechano po karku kostką lodu. Przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył z przesadnie głośnym warkotem. Maszerująca wzdłuż drogi Alice nawet się nie obejrzała. Szła, lekko przygarbiona, z plecakiem zawieszonym na ramieniu. Z papierowej torby wyciągnęła hot doga i podała psu, który zjadł go w locie. Razem wyglądali jak para straceńców, niedobitków. I najwyraźniej zmierzali w tym samym kierunku co on.

Phoenix wyjechał z parkingu, zastanawiając się przelotnie, ile czasu minie, zanim ktoś znajdzie pryszczatego sprzedawcę. Kwadrans? Godzina? Minął maszerującą poboczem Alice, która zaszczyciła go leniwym spojrzeniem, i przez chwilę obserwował jej malejącą sylwetkę we wstecznym lusterku. Każda akcja powoduje reakcję, przemknęło mu przez głowę. Włączyłeś się. Teraz to również twoja sprawa. Jesteś odpowiedzialny za życie, które ratujesz.

Co za brednie.

Phoenix mocniej zacisnął palce na kierownicy. Wskaźnik prędkościomierza miarowo sunął w prawo, Alice i jej pies rozmywali się powoli do zarysu kształtu. Maleli, by wkrótce zniknąć zupełnie.

Jesteś odpowiedzialny.

Niech to szlag!, pomyślał i wdusił hamulec.

Wrzucił wsteczny, cofając do miejsca, gdzie maszerowała Alice. Otworzył drzwi od strony pasażera i powiedział:

- Wsiadaj. – Spojrzał na psa i poprawił się: – Wsiadajcie.

Alice otworzyła drzwi i na moment zamarła. Z powątpiewaniem patrzyła na półkę za siedzeniami, zastanawiając się, czy jej wielki pies się tam zmieści. Uznawszy, że jednak się zmieści, namacała dźwignię i odsunęła fotel. Pies posłusznie wskoczył do środka i usadowił się na półce, kładąc sobie pysk na łapach. Alice ustawiła fotel do pierwotnej pozycji i wsiadła do auta, stawiając sobie między nogami plecak oraz torbę z jedzeniem. Phoenix nacisnął gaz, na co corvette skoczył do przodu jak dziki kocur, ruszając z piskiem opon.

- Dlaczego mi pomagasz? – spytała Alice. Przyglądała się Phoenixowi z zaciekawieniem, jej oczy skrzyły się jakimś niemożliwym blaskiem.

Phoenix milczał dłuższą chwilę.

- Bez powodu – powiedział wreszcie, nie odrywając wzroku od drogi.

Alice spojrzała przed siebie, na majaczące w oddali góry.

- Kiedy najmniej się tego spodziewam, spotkam przyjaciela – wymamrotała, uśmiechając się lekko.

- Proszę? – Phoenix był autentycznie zaintrygowany.

- Nie jesteś gliniarzem – kontynuowała Alice, ignorując jego pytanie. – Więc kim?

- Astronautą – odparł Phoenix, na co Alice parsknęła śmiechem. To był przyjemny, czysty dźwięk.

Siedzący z tyłu pies szczeknął, jakby chciał przypomnieć o swojej obecności. Phoenix prześlizgnął się po nim spojrzeniem.

- Ładny jest – przyznał.

- To Cole. – Alice wychyliła się i poklepała psa po łbie. – Znamy się krótko, ale zdążyłam go polubić. – Pauza. – Tak jak ciebie.

Phoenix się zmieszał. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz słyszał, że ktoś go polubił. Ludzie, których poznawał, mówili nieco inne rzeczy… a potem przestawali mówić na wieki.

- Polubić? – Uniósł brwi. – Znasz mnie raptem kwadrans.

Alice uśmiechnęła się w szczególny sposób.

- Ciasteczka z wróżbą nie kłamią – powiedziała ściszonym głosem. – Niezły szajs, co?

- Jakie ciasteczka?

- No, z wróżbą – wyjaśniła cierpliwie. – Jedno powiedziało mi, że spotkam przyjaciela. I spotkałam. Ciebie.

Phoenix otworzył usta i zaraz je zamknął. Nie wiedział, co właściwie miałby odpowiedzieć, więc po prostu skupił się na jeździe.

Alice również nic nie mówiła. Patrzyła przed siebie, sprawiając wrażenie zamyślonej, nieobecnej. Wysuniętą między siedzeniami dłonią gładziła psa; to był mechaniczny gest, z którego chyba nie do końca zdawała sobie sprawę. Pies polizał ją po ręku, wyraźnie zadowolony z pieszczoty.

- Co zrobiłaś z komórkami? – zapytał Phoenix tknięty raptownym impulsem.

- Wyrzuciłam. – Alice wzruszyła ramionami. – A co niby miałam zrobić?

- Dokładnie to – odparł.

Słońce znajdowało się wysoko, ale powoli szykowało się do wędrówki na zachód. Corvette mruczał jednostajnie i Phoenix spostrzegł, że Alice jest na najlepszej drodze, żeby zasnąć. Ona naprawdę mu ufała. Z jakichś szalonych względów ufała mu, mimo że nie znała nawet jego prawdziwego imienia. Niebywałe.

- Dokąd właściwie jedziesz? – zapytał.

Alice spojrzała na niego tymi swoimi niesamowicie zielonymi oczami. Miała w sobie ogień, a równocześnie jakąś senną melancholię. I spokój. Mroczny spokój. To niecodzienne połączenie było fascynujące. Ona była.

- Do Meksyku – powiedziała.

Phoenix uśmiechnął się lekko.

- Myślę, że będę mógł cię podwieźć.

Informacja o ciasteczkach

W celu optymalizacji treści oraz zapewnienia bezpieczeństwa, strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia.