K.C. Hiddenstorm

Trzydziesty dzień

30 dni

Zmień font
Zmień margines

7.

Czterdzieści minut później znalazła się pod wskazanym adresem. Z początku myślała, że tylko jej się przywidziało, ale nie. Dom naprawdę tu był. Stał ukryty między dwoma długimi magazynami, opuszczonymi, wnioskując po ich posępnym wyglądzie. Dwupiętrowy, biały, z drewnianymi okiennicami i takimi samymi drzwiami. Zdawał się tak bardzo nie na miejscu, że Linda kompletnie wbrew sobie pomyślała o chacie Baby Jagi. To wrażenie jeszcze się wzmogło, gdy dostrzegła, że ogród – a przynajmniej to, co za niego uchodziło – wychodzi na las po przeciwnej stronie drogi. Czy wcześniej stał tu jakiś budynek? Wydawało jej się, że nie, ale nie miała pewności.

Zaparkowała auto za jednym z magazynów, wysiadła i, czując, że serce ma w gardle, przemknęła przez żwirową alejkę. Stanęła przed ciemnobrązowymi drzwiami, popatrując na nie podejrzliwie, jednak nie było w nich niczego dziwnego – zwykłe drzwi zwykłego domu, którego raczej nie powinno tu być. Czym tu się przejmować?

Wszystkim.

Uniosła drżącą rękę i nacisnęła dzwonek. W następnej chwili usłyszała stłumiony odgłos kroków. Otworzyła jej młoda, bardzo ładna brunetka. Miała wściekle zielone kocie oczy i jasną karnację. Przez szparę w drzwiach Linda nie dostrzegła niczego więcej.

– Zapraszam – powiedziała kobieta, otwierając drzwi na całą szerokość, po czym gestem pokazała, by Linda weszła do środka.

Brunetka miała owalną twarz o regularnych, niemal dostojnych rysach, głos przyjemny, niski, zmysłowy w sposób, jaki zapewne kręcił facetów. Linda z ledwie zauważalnym ociąganiem weszła, wzdrygnęła się lekko na dźwięk zamykanych drzwi, i podążyła za nią przez długi hol. Kobieta szła boso, nosiła tylko przykrótkie, sprane dżinsy, które podkreślały długie nogi, oraz szarą koszulkę z wytartym logo fundacji. Nawet w tak niedbałym stroju robiła wrażenie. Piorunujące. Była bardzo zgrabna, Linda odnotowała to z mieszaniną zazdrości i podziwu, mimo że jej figurze w zasadzie niczego nie brakowało. Chyba odezwała się kobieca zazdrość.

Brunetka zaprowadziła Lindę do salonu i wskazała krzesło. Okrążyła biurko, po czym usiadła w wyglądającym na antyk fotelu o skórzanym obiciu i drewnianej ramie. Jeśli nie był podróbką, musiał cholernie dużo kosztować. Kobieta popatrywała na Lindę z przyjaznym zaciekawieniem, splatając dłonie na mahoniowym blacie. Miała długie, smukłe palce. Palce pianistki, jak zwykła mówić matka Lindy.

– Nazywam się… – zaczęła Linda, ale brunetka przerwała jej niecierpliwym gestem.

– Linda Hill – dokończyła za nią. – Wiem, wszystko było w formularzu zgłoszeniowym.

– No tak. Racja.

– Denerwujesz się. – To nie było pytanie, kobieta stwierdzała fakt, zmrużonymi oczami przyglądając się Lindzie. – Niepotrzebnie, nie ma się czego bać.

Czy naprawdę?

– Nazywam się Nayhija. – Brunetka wyciągnęła dłoń nad biurkiem. – Nayhija Mara. To ja będę zajmować się twoim przypadkiem.

– Bardzo ładne imię. Oryginalne. – Linda wychyliła się, uścisnęła jej rękę i ostatkiem sił powstrzymała się przed krzykiem. Dłoń tamtej była bardzo zimna, a zarazem… Linda odniosła wrażenie, jakby ją parzyła.

– Zimne ręce, co? – Nayhija uśmiechnęła się, jakby doskonale wiedziała, co właśnie przebiegło jej przez głowę. Na pewno to tylko zbieg okoliczności, paranoidalne wrażenie podenerwowanej osoby, ale i tak było upiorne.

Linda poczuła pełzające po kręgosłupie ciarki.

– Mieszka tu pa… mieszkasz tu? – zapytała, rozglądając się po salonie.

Na ścianach wisiały obrazy Füssliego, parę grafik, ale żadnych zdjęć. Meble były ciężkie, masywne, podobnie jak fotel wyglądały na antyki bądź na niezwykle udane podróbki, natomiast podłogę pokrywał puszysty kremowy dywan.

Nayhija uśmiechnęła się lekko.

– Teraz tak.

– Trochę dziwne miejsce na dom – zauważyła Linda.

– Tanie działki. – Machnęła ręką.

– Nie wiedziałam, że w takim miejscu w ogóle można…

– My wszystko możemy. – Wargi Nayhiji rozchyliły się w uśmiechu, który ukazał zbyt wiele zębów.

– Wasza fundacja… – Linda z trudem przełknęła ślinę. A raczej próbowała przełknąć. Z nerwów gardło wyschło jej na wiór. – Czy naprawdę… czy wy…?

– Czy pomagamy ludziom? – dokończyła Nayhija i zaniosła się śmiechem. – Ależ tak. A teraz pomożemy tobie.

Zabrzmiało to trochę złowróżbnie, prawie jak groźba.

– Wyleczycie mnie? – Głos Lindy ociekał nadzieją, jak pączek lukrem. – Wyleczycie mnie z raka?

– Tak. – Nayhija spojrzała na nią przeciągle. – O ile dopełnione zostaną warunki kontraktu.

– Ach, tak. – Jej entuzjazm przygasł. Zaraz pewnie okaże się, że chcą, by przepisała na nich nieruchomości, akcje albo od razu cały majątek, wliczając w to męża. To było nierealne, od początku śmierdziało podpuchą. Że też naprawdę uwierzyła w te pierdoły, które przeczytała na ich stronie. Pożałowania godna naiwność umierającej osoby.

Nayhija zdmuchnęła spadające jej na prawe oko pasmo włosów i obdarzyła Lindę uśmiechem.

– Widzę, że jesteś bardzo sceptyczna. To zupełnie zrozumiałe. Jest wielu oszustów, którzy żerują na ludzkim nieszczęściu. My tacy nie jesteśmy. My chcemy pomagać.

Akurat, pomyślała Linda. Przez chwilę wpatrywała się w swoje złożone na podołku dłonie, wreszcie zapytała:

– Do kogo właściwie należy Fundacja Ostatniej Szansy?

Nayhija pokręciła głową.

– Przykro mi – rzekła. – To poufne informacje. Założyciel bardzo ceni sobie prywatność. Niewykluczone jednak, że go poznasz, kiedy będzie już… po wszystkim.

Linda niespokojnie poruszyła się na krześle. Było wygodne, nawet bardzo, tylko że teraz miała wrażenie, jakby ktoś nabił jego siedzenie gwoździami i podpalił.

– Czyli co, zaraz przyjdzie ktoś, żeby, no nie wiem, zbadać mnie albo coś takiego? – Obejrzała się przez ramię, jakby sprawdzając, czy rzeczywiście do salonu nie wchodzi żaden lekarz.

Nayhija ponownie pokręciła głową.

– Mamy twoją historię choroby tutaj. – Poklepała dłonią leżący na biurku srebrny laptop. – Mamy tu wszystkie informacje na twój temat, Lindo.

Kolejne złowróżbne stwierdzenie.

Linda otworzyła usta, chcąc spytać o coś jeszcze, ale zaraz się rozmyśliła i je zamknęła. Siedziała, spoglądając na Nayhiję nieruchomym wzrokiem.

Cisza panująca wokół była przytłaczająca, ciężka, niemal namacalna. Z holu dolatywało tykanie zegara, brzmiało jak dźwięk ze snu i pozostawiało jakiś dziwaczny bezgłos. Okna wychodziły na las. Wysokie drzewa starały się dosięgnąć nieba, kołysały gałęziami w takt, jaki wyznaczały podmuchy wiatru. Promienie słońca kładły się na podłodze, ale niemrawo, jak gdyby nie mogły przebić się przez szyby, jak gdyby coś ich tu nie wpuszczało.

– Ufasz swojemu mężowi? – odezwała się nagle Nayhija, a Linda aż podskoczyła. – Ufasz mu bezgranicznie?

– Tt-tak – odparła Linda, ledwie wytrzymując przeszywające spojrzenie tamtej. – Tak, oczywiście. – Na dnie jej oczu coś spłoszyło się i uciekło.

Nayhija skinęła głową i przywołała na twarz uśmiech. Nie ten, co poprzednio. Teraz jej uśmiech był… złośliwy.

– W takim razie możemy podpisać kontrakt. – Schyliła się i wyciągnęła z bocznej szafki zapinaną na gumkę czarną teczkę. Była pękata, jakby skrywała w sobie maszynopis powieści.

Linda patrzyła, jak Nayhija ją otwiera i wyjmuje zszyty plik kartek. Był tak gruby, jakby to rzeczywiście była powieść. Ale tak nie było. Patrzyła na kontrakt. Po wnikliwszym przyjrzeniu, Linda zrozumiała, że objętość wynika z faktury kartek, nie rzeczywistej ilości stron, choć tych, oczywiście, było niemało.

– Proszę, zapoznaj się z tym. – Smukłe palce przesunęły kontrakt po blacie, podtykając go Lindzie pod nos.

Przez chwilę, przez jedną króciuteńką chwilę Linda spostrzegła, że palce Nayhiji czernieją do wysokości drugiego stawu, jak gdyby pokryte były sadzą. Jak czerwony lakier na paznokciach zmienia się w smoliście czarny, a same paznokcie się wydłużają. W następnej sekundzie to wrażenie zniknęło.

Zaczęła przerzucać kolejne kartki kontraktu drżącą dłonią. Czcionka była tak mała, że gdy dotarła do ósmej strony, rozbolała ją głowa, a oczy zaczęły piec. Mimo to przeczytała jeszcze kilka stron.

Większość kontraktu pozostawała zwykłym, prawniczym bełkotem, którego Linda nie rozumiała tak dobrze, jak by sobie życzyła. Jednak główne założenia pojęła bez trudu. Wyleczą ją, jeśli jej mąż nie dopuści się zdrady w ciągu trzydziestu dni. Niebywałe, ale o to im chodziło. Linda miała ochotę wybuchnąć śmiechem, ale nie wyglądało to na żart. Fundacja brała to na poważnie. To była ich umowa barterowa. Wierność Adama za jej ozdrowienie.

Serio. Dokumentnie, całkowicie i niezaprzeczalnie na serio.

W Lindzie rozgorzała niezachwiana pewność, że tak właśnie jest. Przez to, co zobaczyła za przenikliwym, nie do końca ludzkim spojrzeniem Nayhiji Mary, przez to, co wyczuła w domu, którego w ogóle nie powinno tu być, przez te palce, ten zapach… Każdym skrawkiem siebie rozumiała, że kontrakt jest śmiertelnie poważny. Nic w nim nie było zabawne. Przerażające zaś… wszystko.

Widząc, na jakim miejscu w tekście zatrzymała się Linda, Nayhija puściła oko i powiedziała:

– Jezus musiał wytrzymać czterdzieści dni na pustyni i nie dać się zwieść na pokuszenie, my jesteśmy bardziej wyrozumiali.

– Rzeczywiście, trzydzieści to dobra liczba – palnęła Linda, śmiejąc się nerwowo.

Nayhija pochyliła się nad biurkiem.

– Pamiętna – szepnęła.

W jej oczach zatańczyło coś… Tak, to chyba był gniew.

Przewracając kolejne strony, Linda bezwiednie zaczęła przygryzać paznokieć kciuka. Przewertowała kontrakt mniej więcej do połowy, aż w końcu poległa. Nie była w stanie dalej czytać tych maciupcich literek, chyba że chciała, by oczy jej wypłynęły.

Zaczęła odsuwać od siebie papiery, ale Nayhija ją powstrzymała.

– Radzę przeczytać do końca – powiedziała. – Nigdzie nam się nie śpieszy. Można pokusić się o stwierdzenie, że mamy całą wieczność – dodała i zaniosła się śmiechem. Ten śmiech był, a zarazem nie był przyjemny. Brzmiał z pozoru normalnie, lecz krył się pod nim inny dźwięk, coś jak brzdęk tłuczonego szkła, jak odgłos wybijanych przeciągiem szyb w nawiedzonym domu.

– Dlaczego akurat wierność? – spytała Linda, piorunując ją wzrokiem. – O co w tym, do diabła, chodzi?

Nayhija splotła palce i oparła na nich brodę. I znów – zaledwie na ułamek sekundy – wydawało się, że ich końce są smoliście czarne, a paznokcie za długie.

– Psychologia – rzekła z namysłem. – Powiedzmy, że ja… że Fundacja… zajmujemy się badaniem ludzkiej psychiki, badaniem duszy. – Przy ostatnim słowie oczy Nayhiji błysnęły, jakby coś rozpaliło je od wewnątrz.

Linda pokiwała głową, udając, że coś z tego rozumie, i zajęła się przedzieraniem przez resztę kontraktu.

W którymś momencie Nayhija przyniosła jej szklankę wody. Linda wypiła ją duszkiem, nieuważnie odstawiła na blat i wróciła do czytania. Pod koniec była już dokumentnie przekonana, że dobór czcionki był rozmyślny, a odpowiedzialna za niego osoba to sadysta, który czerpał rozkosz z torturowania jej oczu.

– Czyli jeżeli mój mąż nie puści się w ciągu miesiąca, to będę zdrowa? A jeśli, dajmy na to, pomyśli o numerku z jakąś gorącą laską? Co wtedy?

– „Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem” – wyrecytowała Nayhija i ponownie zaniosła się nieprzyjemnym śmiechem. – Nam chodzi tylko o uczynek.

– I… to wszystko? Naprawdę? Tylko o to chodzi? – Oczy Lindy były okrągłe jak monety.

– Aż o to – poprawiła Nayhija. Nagle w jej ręce pojawił się elegancki długopis. Położyła go na otwartym kontrakcie, jak gdyby mówiąc: Teraz wszystko zależy od ciebie, złotko. Twój ruch.

Linda podniosła go i przez chwilę obracała w palcach. To był masywny, solidny długopis. Czarny, z nadrukowanym logo fundacji. Dobrze leżał w dłoni.

Ujęła go pewniej, przystawiła do dołu ostatniej strony, tam, gdzie było miejsce na podpis, i zaraz cofnęła, jakby przerażona własną śmiałością. Przyłożyła ponownie… i znów zrezygnowała. Dumała tak chwilę, marszcząc brwi, przygryzając wargę, czując na sobie ciężkie spojrzenie Nayhiji.

Pomyślała o krwi na podłodze, o nasilającym się bólu w klatce piersiowej, o kaszlu. I ani się obejrzała, a jej prawa ręka złożyła zamaszysty podpis.

Nakreśliwszy ostatnie „L”, poderwała długopis, a wtedy on prześlizgnął się jej między palcami. Złapała go niezdarnie, tak że ostrą końcówką klipsa zadarła sobie paznokieć. Na miejsce, w którym się podpisała, spłynęła szkarłatna kropla krwi.

Linda syknęła i wsadziła opuszkę do ust. Strasznie ją zapiekła.

– Ojej – powiedziała Nayhija. – Skaleczyłaś się, Lindo.

– To nic. Drobiazg. – Chciała zetrzeć krew z kartki, ale Nayhija szybkim ruchem pociągnęła ją w swoją stronę, więc ręka Lindy opadła na pusty blat.

– Formalności zostały dopełnione – rzekła Nayhija, zapinając teczkę, do której uprzednio schowała kontrakt. Na jej ustach gościł jakiś taki krokodyli uśmiech, a w głowie Lindy jak werbel z piekła tłukło się: Cyrograf. Cyrograf. CYROGRAF. – Jeśli zadziała efekt psychologiczny, a na pewno zadziała, już dziś wieczorem powinnaś poczuć się lepiej. Zrobiłaś pierwszy i najważniejszy krok, by odzyskać zdrowie. Zawalczyłaś o siebie. Jak się z tym czujesz?

– Szczerze mówiąc… Nie wiem. – Linda zaczęła się podnosić, ale Nayhija ją powstrzymała.

– Zanim wyjdziesz. – Postawiła na stole małe, kwadratowe pudełko przewiązane aksamitną czarną tasiemką. – Chcę ci coś dać.

– Co to jest? – Zmarszczyła brwi.

– Sign-ahr, marokańskie zioła. Pomogą na kaszel, zredukują ból. – Uśmiech Nayhiji błysnął ze zdwojoną siłą. – O ile w ogóle będziesz jakiś odczuwać.

Linda sięgnęła po pudełko, ale raczej bez przekonania. Ujęła je w dłoń, gotowa odrzucić w najdalszy kąt pokoju, gdyby okazało się, że ożyło i zaczęło kąsać, ale nic takiego się nie stało. To tylko jej wyobraźnia. I napięte do granic możliwości nerwy. Podniosła prezent, przyłożyła do ucha i potrząsnęła. Coś wewnątrz zagrzechotało cicho. Zioła. Suszone zioła.

– Dzięki – bąknęła, chowając pudełko do torebki.

– Wiem, że wszystko to może ci się wydawać nieco szalone. Kontrakt i cała reszta. – Nayhija uniosła rękę i zatoczyła nią koło w powietrzu. – Ale magia istnieje. Musisz tylko w nią uwierzyć – dodała, puszczając oko.

– To nie zawsze takie proste. – Linda wykrzesała z siebie nikły uśmiech. Zdała sobie sprawę, że miętosi w palcach rąbek sukienki, więc zmusiła się, by przestać.

Odpowiedzią Nayhiji było poważne spojrzenie. Wydawało się, że zaraz doda coś jeszcze, jednak tego nie zrobiła. Zamiast tego wstała z fotela i odprowadziła gościa do wyjścia.

– Do zobaczenia niedługo, Lindo – pożegnała się, zamykając za nią drzwi.

8.

Nayhija stała nieruchomo z ręką wspartą o futrynę. Na jej ustach błąkał się krzywy uśmieszek. Obserwowała, jak chevrolet Lindy wyjeżdża spomiędzy magazynów i chowa się za rogiem. Chwilę później pojawił się za niewielkim wzniesieniem, by zaraz zniknąć na stałe, pochłonięty przez drogę prowadzącą do centrum.

Jeszcze kilka sekund spoglądała przez okno, wreszcie odwróciła się, przeszła przez hol i wróciła do salonu. Nie wyglądał tak samo jak wtedy, gdy była w nim Linda. Nie dokładnie. Wymalowane na obrazach postaci poruszały się, prowadziły ze sobą ożywione rozmowy bądź oddawały się lubieżnym przyjemnościom. W ruchu pozostawały również geometryczne wzory na grafikach, które wyginały się w niemożliwy sposób, tworząc nienazwane figury.

Nayhija usiadła w fotelu, otworzyła laptopa i włączyła go. Pulpit rozbłysnął tapetą z logo Fundacji Ostatniej Szansy, następnie upstrzył się ikonkami. Wybrała folder „BIEŻĄCY KLIENCI”, odszukała plik „HILL” i otworzyła. Przebiegła wzrokiem parę linijek tekstu, zjechała w dół i kiedy załadowało się zdjęcie męża Lindy, zamarła. Wybałuszyła oczy ze zdumienia i…

Zaczęła wrzeszczeć.

Nieludzko. Przeraźliwie.

Poderwała ręce do twarzy, zakrzywiając palce jak szpony. Z ich koniuszków strzeliły płomienie, a same palce poczerniały. Ogień posmakował policzków, sięgnął włosów… lecz nie wyrządzał żadnej szkody, nie palił. Z jej szeroko otwartych ust dobywały się kłęby sinoniebieskiego dymu; miał ostry zapach przywodzący na myśl siarkę.

Nayhija darła się nieprzerwanie, wymachując rękoma. Od tego krzyku antyramy grafik zaczęły pękać i rzygać szkłem, a postacie na obrazach uciekły spłoszone w ich głąb. Ciężkie zasłony uniosły się, poderwane przeciągiem, który pojawił się zupełnie znikąd w zamkniętym pomieszczeniu, szyby w oknach drżały. Chwilę później dywan stanął w ogniu.

Nayhija poczuła, że z jej oczu płyną łzy.

Krwawe łzy.

Obraz jej się rozmazał, następnie zniknął, ustępując innemu.

Zobaczyła oślepiającą jasność, która zmieniła się w słoneczny, parny dzień. Lazurowego nieba nie zdobiła ani jedna chmura, gdzieś w górze przeleciał samolot. Pochylone drzewa dawały cień, hojnie ofiarując schronienie pod swymi koronami. Ciemnowłosa dziewczyna kroczyła wydeptaną ścieżką, nieopodal której znajdował się las. Odchyliwszy gałąź, przeszła przez tory i zaczęła schodzić w dół nasypu.

– Nie idź tam – szepnęła Nayhija schrypniętym od krzyku głosem.

Ale ona nie mogła jej usłyszeć.

Informacja o ciasteczkach

W celu optymalizacji treści oraz zapewnienia bezpieczeństwa, strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia.